› wywiady
12:10 / 22.11.2012

Elżbieta Szczesiul – Cieślak: Społeczniczka z dziennikarską żyłką

Elżbieta Szczesiul – Cieślak: Społeczniczka z dziennikarską żyłką

fot. Konrad Kosacz/elblag.net

Jej życie zawodowe zawsze kręciło się wokół pomagania innym. – Widocznie takie było moje przeznaczenie – mówi o sobie. Najpierw pracowała jako pracownik socjalny, następnie jako specjalistka ds. rehabilitacji, kultury i oświaty, a także instruktor rehabilitacji społecznej niewidomych i słabowidzących w wojewódzkim oddziale Polskiego Związku Niewidomych w Elblągu. Zanim jednak przeszła na emeryturę, przez kilkanaście lat, prowadziła miesięcznik osób niepełnosprawnych „Razem z Tobą”. Tam też zyskała popularność nie tylko jako dziennikarka o lekkim i wprawnym piórze, ale przede wszystkim jako kobieta - aktywistka i społecznik, której los i potrzeby osób niepełnosprawnych leżą na sercu. Być może nie wszyscy o tym wiedzą, ale to właśnie spod jej „skrzydeł” wyrosło wielu elbląskich dziennikarzy. Z Elżbietą Szczesiul – Cieślak, uczestniczką projektu „Galeria El jest kobietą 50+” rozmawia Agnieszka Światkowska.

Pani Elu, co się w życiu zmienia po pięćdziesiątce? 
Po pięćdziesiątce? Nie pamiętam, to było dziesięć lat temu (śmiech). Ale mówiąc już zupełnie poważnie, to odczuwam olbrzymią różnicę między wiekiem 50+ a 60+ i nie mam tu na myśli tylko brakujących zębów (śmiech). Pięćdziesięcioletnia kobieta jest jeszcze na ogół w dobrej formie – wygląda młodo, ładnie, atrakcyjnie. Jeszcze nie myśli o starości. Tego tematu nie ma. Na szczęście. Chyba, że zaczną się bardzo poważne problemy ze zdrowiem. Ale wtedy człowiek absolutnie nie wierzy, że coś się może stać, że można być chorym, niesprawnym, że życie zupełnie się zmieni, że z normalnej aktywności, takiej codziennej, zawodowej, można stać się rencistą i wszystkie plany ulegną załamaniu – no bo czasami nie można planować na dłużej niż z dnia na dzień.  
 
Natomiast sześćdziesiątka to jest taki wiek..., w tej chwili wiek emerytalny, w którym wiele się zmienia. Zmienia się organizm i przychodzi przeważnie koniec aktywności zawodowej. To też jest taki szczególny moment, gdy trzeba trochę przeorganizować życie, szczególnie gdy się pracowało intensywnie, poświęcało się nie tylko wiele czasu, ale i zaangażowania różnym sprawom. Czasu też, bo kiedy już wychowa się dzieci i przestanie się imprezować, to takim najważniejszym obowiązkiem i najważniejszą potrzebą staje się praca. Człowiek jest bardzo dyspozycyjny, bardzo zaangażowany i bardzo związany z pracą... i gdy nagle przestaje pracować, to musi coś ze sobą zrobić. 
 
Ma Pani na myśli życiową rewolucję?
Tak. Nadmiar wolnego czasu sprawia, że trzeba na nowo spojrzeć na siebie i od nowa zorganizować swoje życie.
 
I udało się to Pani?
To dla mnie szczególny moment życia, dlatego, że od paru miesięcy jestem na emeryturze, ale ten czas mam zupełnie zaabsorbowany tym, że ratuję swoje zdrowie.  Zbyt długo pracowałam, a chorowałam już od dłuższego czasu – tj. już od ok. 15 lat i doprowadziłam swój organizm do wyczerpania.  Oczywiście robię co mogę, wszystko pomału porządkuję i staram się odzyskać siły. Mam nadzieję, że mi się to wszystko powiedzie, że się „ogarnę” (śmiech) i będę mogła wreszcie odpocząć i zająć się tym, co lubię najbardziej, czyli sprawami społecznymi. Poza tym liczę na to, że jeszcze zdążę nauczyć się projektowania. 
 
Skoro już mówimy o czasie, który okres z 35 – letniej pracy zawodowej wspomina Pani najmilej i z czego jest Pani najbardziej dumna?
W każdą pracę w zasadzie angażowałam się dosyć mocno, ale najważniejszą moją pracą była praca w Polskim Związku Niewidomych. Trudno to wyrazić, może to wydawać się trochę zbyt osobiste czy patetyczne, ale pomagając ludziom tak ciężko i okrutnie doświadczonym przez los, miałam chwile wielkiego zadowolenia i wręcz szczęścia, kiedy udało mi się komuś pomóc, wyciągnąć z czarnej otchłani. Kiedyś nawet usłyszałam   słowa: „Uratowała mi Pani życie”.
 
To chyba najlepsza nagroda.
Takie odzyskane życie to jest coś niesamowitego, coś magicznego, bo nie mamy przecież takiej mocy, by w sposób fizyczny obdarować kogoś nowym życiem, ale jednak  psychicznie można. Myślę, że lekarze czegoś takiego doświadczają, gdy przeprowadzają  operację ratującą życie, ale taka praca długotrwała z psychiką człowieka trwa miesiącami, czasem latami. Szczególnie dla  osób ociemniałych utrata wzroku to utrata życia. Prawie każda z nich ma myśli samobójcze, a 90 procent ociemniałych dokonuje prób samobójczych.  Jest to straszliwy szok, cios... po utracie wzroku człowiek jest załamany, następuje zupełne rozbicie, całkowita dezintegracja osobowości. Potrzeba czasu na transformację, wychodzi po pewnym czasie zupełnie nowy człowiek, ale to wszystko strasznie boli i ciężko z tego wyjść. W końcu, jeżeli uda się pomóc, to jest olbrzymia satysfakcja. Ja nie odeszłabym z tej pracy nigdy. Niestety, wraz z likwidacją województwa elbląskiego, zlikwidowano także wojewódzki oddział Polskiego Związku Niewidomych i tym samym niewidomi zostali bez opieki rehabilitacyjnej, a specjaliści poszli na zieloną trawkę.  
 
Mimo to odnalazła się Pani w nowej dziennikarskiej roli.
Tak. Jeszcze pracując w PZN–ie pisywałam do „Razem z Tobą” (miesięcznika osób niepełnosprawnych), a we wrześniu '99 zostałam naczelną redaktorką pisma. To był równie inspirujący okres w moim życiu.  I gdyby nie zły stan zdrowia, mogłabym pracować dalej. Jeden z moich dawniejszych współpracowników napisał w pożegnalnym artykule, że nie wyobraża sobie mnie na emeryturze i przewidywał, iż na pewno szybko wrócę do pisania i komentowania życia społecznego. Miał rację. Dzięki Internetowi, nawet nie wychodząc z domu, wiem co się dzieje i mogę wyrazić swoje zdanie, podyskutować, podzielić się z innymi swoimi „odkryciami”. I myślę, że jak tylko podreperuję zdrowie, zacznę bardziej się udzielać. 
 
W jakim kontekście?
W organizacjach pozarządowych, bo w tej chwili jestem w Radzie Elbląskich Organizacji Pozarządowych, Elbląskiej Radzie Konsultacyjnej Osób Niepełnosprawnych i w Kongresie Kobiet. Ale ten rok jest rokiem pauzy, bo nie mogę działać ze względów zdrowotnych.. Niemniej będę chciała wrócić do tych spraw, bo to są rzeczy istotne i warto się nimi zajmować.
 
A co dla siebie? Pomijam tu już kwestie zdrowotne.
Z takich rzeczy dla siebie, to chciałabym poprojektować, porobić piękne rzeczy. Oczywiście, trzeba się tego najpierw nauczyć. Zdolności i wrażliwość artystyczna to coś zupełnie innego niż warsztat, którego nie mam zupełnie. Chciałabym się jeszcze tym zająć. Kiedyś np. nie wiedziałam, że umiem pisać wiersze, że umiem pisać piosenki. Myślałam, że ułożyć melodię jest dość trudno, dopóki nie spróbowałam.
 
Chyba melodię łatwiej napisać niż tekst.
Nie dla każdego. Znam osoby, które są bardzo muzykalne, potrafią wszystko zagrać, wszystko zaśpiewać, ale nic oryginalnego nie stworzą. A ja tak. Dla mnie to nie jest trudne, mogę tworzyć melodię. Kiedyś miałam okazję usłyszeć własne piosenki już zaaranżowane i zagrane przez utalentowanych muzyków i byłam oczarowana. Słuchaliśmy w większym gronie i nawet raz zdarzyła mi się zabawna historia. Mówię: „Jakie ładne!” A kolega patrzy na mnie i mówi: „Przecież to Twoje”. A ja: „O, no tak, dlatego mówię, że ładne” (śmiech).
 
Planuje Pani wrócić do dziennikarstwa?
Owszem myślałam również o powrocie do dziennikarstwa, bo i tak coś tam doraźnie pisuję i komentuję. Ale ze względu na zdrowie, nie ma mowy już o codziennej dziennikarskiej harówce w redakcji. Miałam np. kiedyś propozycję pisania tekstów satyrycznych uniwersalnych, ale także osadzonych w naszych lokalnych realiach. Kuszące, i gdyby rzeczywiście takie pisemko powstało, lub portal, to być może...
 
Druga opcja jest taka, że mogłabym pisywać recenzje, a także relacje z wydarzeń kulturalnych, łącząc przyjemne z pożytecznym :) Albo artykuły (tematy społeczne, ważne dla wszystkich) pogłębione o komentarz, tło, kontekst. Także felietony, może jakiś reportaż od czasu do czasu? Tego w naszym mediach generalnie nie ma - raz, że dziennikarzy w redakcjach jest za mało, są zagonieni i nie mają czasu na większe rzeczy, a dwa - to jednak nie każdy potrafi. Ale najpierw muszę się ogarnąć (śmiech).
 
Zatem sześćdziesiątka bardziej pomaga czy uwiera?
Trudno powiedzieć. Każdy etap jest zupełnie naturalny, normalny, ma swoje plusy i minusy. Ja bym np. po sobie powiedziała, że emocjonalnie jest spokojniej. Jeżeli ktoś jest wrażliwcem, ciągle rozedrganym, ciągle coś mocno przeżywającym, angażującym się, to młodość nie jest łatwa. Z czasem nabiera się i doświadczenia, i dystansu - sprawy emocjonalne są bardziej ustabilizowane. To nie jest tak, że się nie przeżywa, ale patrzy się troszeczkę z większym dystansem i ma się już świadomość, że „woda ma to do siebie, że spływa do morza” :) - bo się już wiele razy przez to przeszło. Wie się, że na pewno świat się nie zawali, jeśli coś złego zaszło. Przedtem wydawało się, że tak, że na pewno, że teraz to już tylko umrzeć, odwrócić się do ściany i... koniec końców świata. Teraz już się wie, że za jakiś czas, może nawet się zupełnie zapomnimy o tym strasznym zdarzeniu nie do przeżycia.
 
Czy jest coś, czego w szczególności brakuje kobiecie 50, 60+?
 Pięćdziesięciolatce chyba niczego nie brakuje. Tu można by powiedzieć o pracy, o tym, że pięćdziesięciolatka i sześćdziesięciolatka ma dziś zdecydowanie mniejsze szanse na rynku pracy.  Z drugiej strony pracodawcy już się trochę zreflektowali i wiedzą, że 50-latka jest prawdopodobnie dobrym fachowcem w swojej dziedzinie i dobrym pracownikiem. Rynek pracy jest po prostu trudny i każdemu jest ciężko, młodym też dziś jest trudno wystartować. Natomiast takich innych braków jeszcze się nie odczuwa. Z własnego punktu widzenia, dostrzegam, że sześćdziesięciolatce może już brakować dostępności do usług zdrowotnych i opiekuńczych i to jest ból straszny. Młodych też to oczywiście dotyczy, jak również dzieci – wszystkie niedomogi służby zdrowia czy pomocy społecznej. Natomiast coś by trzeba z tym zrobić.
 
Ma Pani coś konkretnego na myśli?
Powstały wojewódzkie programy pomocy osobom starszym, ale one są w gruncie rzeczy na papierze, nie są realizowane, tylko z roku na rok przepisywane. I to jest tragiczne. Wiele dramatów rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami – dramatów ludzi starszych, którzy nie są otoczeni opieką, albo ta opieka jest niewystarczająca, bo jeśli nawet jest osoba, która może się opiekować taką staruszką czy staruszkiem obłożnie chorym lub z ograniczoną możliwością samodzielnego funkcjonowania, to ta osoba przez 24 h/dobę nie da rady ani fizycznie, ani psychicznie zapewnić dostatecznej opieki.
 
Problemem ludzi starszych jest brak kontaktów społecznych, to jest okropne. Ludzie chorzy i starsi godzą się z tym, że już są niesprawni, że muszą przyjmować leki, że ich coś boli, że mają wiele ograniczeń, ale mają nadal wszystkie ludzkie potrzeby, a najważniejsza jest właśnie ta - potrzeba kontaktu społecznego, które są kompletnie ograniczone, a najbliższa rodzina to nie jest to samo. Owszem, jest niezbędna, ale potrzebują też normalnych kontaktów, żeby ktoś przyszedł i opowiedział coś więcej, o zupełnie innym świecie – nie tylko o chorobach, o najpilniejszych sprawach, o sukcesach i porażkach wnuków, ale zupełnie o czymś innym.
 
Brakuje klubów osiedlowych blisko domu, nie ma świetlic, żeby mogła ta osoba wyjść, żeby sąsiadka mogła ją zaprowadzić, jeżeli sama nie jest na tyle samodzielna; żeby nie musiała się zapisywać i codziennie się tam stawiać „od - do”, bo to absolutnie nie załatwia sprawy osób słabszych – one nie wytrzymają żadnych godzin regularnie, bo ich stan zdrowia na to nie pozwala. Jednak, gdy się względnie dobrze czują, mogłyby wyjść na godzinkę i być wśród ludzi. Nie ma tego, a wydawałoby się, że to takie proste…
 
 
Dziękuję za rozmowę i życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
Dziękuję.
Z Elżbietą Szczesiul – Cieślak, rozmawiała Agnieszka Światkowska
 
10
0
oceń tekst 10 głosów 100%