› bieżące
03:38 / 13.04.2019

Katyńskie wspomnienia. Sowieci zabili ojca, a dzieci wywieźli do Kazachstanu

Katyńskie wspomnienia. Sowieci zabili ojca, a dzieci wywieźli do Kazachstanu

fot. Maria Sadłowska, elblążanka córka policjanta zamordowanego przez NKWD w kwietniu 1940 roku

Józef Franczuk, ojciec Marii Sadłowskiej zginął od strzału w tył głowy w kwietniu 1940 roku w Bykowni, koło Kijowa. Nigdy nie zapaliła ona znicza na grobie taty. Przez ponad pół wieku nie wiedziała co z nim się dzieje.

Maria Sadłowska dokładnie pamięta chwilę, gdy ojca widziała po raz ostatni, chociaż było to  prawie osiemdziesiąt lat temu.
Józefa Franczuka NKWD aresztowało już 4 listopada 1939 roku. Był na listach osób groźnych dla Sowietów, ponieważ walczył przeciw bolszewikom w 1920 roku i był policjantem. Mama pani Marii zaraz po aresztowaniu dowiedziała się, że mąż jest w więzieniu w Bóbrce, koło Lwowa.

Nie było widzeń  Dostaliśmy gryps, że mamy udać się do pewnej rodziny. Z balkonu ich mieszkania widać było więzienie. Wtedy zobaczyłam tatę po raz ostatni. Pamiętam, jak trzymał się rękami krat, byśmy mogli zobaczyć jego twarz. Mama podnosiła wysoko na rękach mojego brata Jurka, który miał niecałe trzy lata. Niebawem ojciec został przewieziony do więzienia we Lwowie

- wspominała Maria Sadłowska.

Ślubne zdjęcie Anieli i Józefa Franczuków z początku lat trzydziestych

Nóż w chlebie
Maria Sadłowska pamięta jak matka nie ustawała w staraniach, by wydostać ojca z więzienia lub przynajmniej z nim się spotkać. Jeździła do Lwowa, ale widzenia były zakazane, bo jeszcze nie odbył się proces i nie było wyroku.

Mama wpłaciła dyżurnemu w więzieniu za pokwitowaniem 75 rubli. Chyba po to, by ojciec miał pieniądze gdy wyjdzie na wolność. Do dzisiaj przechowuję pokwitowanie z 28 stycznia 1940 roku

- opowiadała pani Maria.
Władzy sowieckiej nie wystarczyło aresztowanie męża i ojca. Nie była też bezpieczna  zrozpaczona matka i dwójka małych dzieci. 13 kwietnia 1940 roku tak jak do tysięcy polskich domów, wtargnęli do nich bez uprzedzenia funkcjonariusze NKWD. Kazali się szybko pakować i krzyczeli, że wyjazd jest natychmiast.

Mama zapakowała, co tylko mogła. Niektóre rzeczy uratowały nam później życie, bo wymieniłyśmy je na żywność. Nasza gosposia w ostatniej chwili wręczyła nam worek z chlebem. Spodziewając się, że NKWD może nóż zarekwirować, włożyła go do jednego
z bochenków

- wspominała pani Maria.

Nie płacz mamo
Wbrew pozorom pogoda nie była wiosenna, ale zimowa. Był mróz i śnieg.

Na stacji kazali nam wsiadać do wagonów. Jak się okazało były same kobiety z dziećmi. Mężowie, bracia byli w łagrach lub więzieniach. To była zmiana w postępowaniu Sowietów. Wcześniej podczas lutowej wywózki rodziny wyjeżdżały razem. Nawet ściągali mężów z więzień i łagrów

 - opowiada Maria Sadłowska.
I dodaje:

W naszym wagonie był tylko jeden staruszek. Został wywieziony tylko dlatego, że przyjechał do córki w odwiedziny. Aresztowali wszystkich, którzy byli w domu.

Podróż była koszmarem. Brakowało nawet wody. - Mój brat płakał i krzyczał "mamo chce mi się pić" - wspomina pani Maria. - Byłam starsza i wiedziałam, że wody nie ma. Obserwowałam tylko ręce matki. Kiedy sięgnie po butelkę, by dać nam po kilka łyżek wody. Pamięta też gimnazjalistkę którą złapali żołnierze gdy próbowała uciekać. Krzyczała: mamo nie płacz, cud nad Wisłą był i będzie. Ludzie we wszystkich wagonach modlili się i płakali. Sowieci krzyczeli małczać (milczeć), ale to nie pomagało.

Prokuratura kłamie
Rodzina Franczuków dojechała do kołchozu Pachar, powiat Dżuruński w województwie aktiubińskim. Warunki życia były prawie takie jak podczas podróży. Głód dokuczał tak samo, jak niepokój o ojca. - Mama wysyłała listy do prokuratury we Lwowie i Kijowie – mówi pani Maria. - Odpowiedzi przyszły, ale pokrętnie i nieprawdziwe.

Najpierw rodzina otrzymała pismo z 26 marca 1941 roku. Prokurator z Lwowa informuje, że 26 kwietnia 1940 roku Józef Franczuk „wybył” do Kijowa. - Tata był już rozstrzelany, ale wtedy nie mogłyśmy o tym wiedzieć – komentuje pani Maria. Następne pismo z prokuratury kijowskiej z 29 maja 1941 roku jest jeszcze bardziej bezczelne. Wiceprokurator do spraw specjalnych pisze:

Proszę powiadomić więźnia Franczuka Józefa, że jego zażalenie skierowano do NKWD gdzie należy się zwrócić po decyzje.

Pismo z ukraińskiej prokuratury, z archiwum Marii Sadłowskiej.

Rodzina Franczuków jeszcze nie traciła nadziei. Powstała Armia Andersa, która prowadziła poszukiwania oficerów z obozów w Starobielsku, Ostaszkowie i Kozielsku. - Mama dostała odpowiedź, że tata jest na tej liście – wspomina pani Maria. - Jak wiadomo nie odnaleziono nikogo.
Był jeszcze jeden ślad. - Mama na stacji kolejowej niedaleko kołchozu spotkała człowieka, który twierdził, że widział ojca w obozie w Ostaszkowie – wspomina Maria Sadłowska. - Wydawało się to prawdopodobne, bo tam przebywali właśnie policjanci.

Pewności nie ma
Długie lata rodzina czekała na ojca i męża. W końcu straciła nadzieję na powrót. Chciała już tylko poznać miejsce spoczynku. Dopiero w 1998 roku w spisie rozstrzelanych w książce „Śladami zbrodni katyńskiej” na tzw. liście ukraińskiej na str. 179 nr 055/1.poz 33(3065), znalazło się nazwisko Józefa Franczuka. Rada Ochrony Walka i Męczeństwa uważa, że spoczywa on najprawdopodobniej w Bykowni. Najprawdopodobniej, więc pewności nie ma, czy tam czy może w Miednoje, gdzie są groby jeńców z Ostaszkowa.

2
0
oceń tekst 2 głosów 100%