› biznes
14:11 / 11.02.2019

Opowieść jednego z ostatnich żyjących świadków Sprawy Elbląskiej, czyli pożaru i szpiegów

Opowieść jednego z ostatnich żyjących świadków Sprawy Elbląskiej, czyli pożaru i szpiegów

fot. Archiwum IPN/Grażyna Wosińska

Marian Pilarz, urodzony we Francji przed wojną, pewnie mieszkałby teraz w Paryżu, gdyby nie decyzja ojca w 1948 roku, o powrocie do ojczyzny. Trafił do Elbląga. Po pożarze hali turbin aresztowany i torturowany przez ubowców, by przyznał się do szpiegostwa na rzecz imperialistów. Teraz zależy mu tylko na tym, by te wydarzenia nie zostały zapomniane przez potomnych, szczególnie elblążan.

Marian Pilarz jak wszyscy polscy elblążanie po zakończeniu wojny przyjechał do Elbląga z nadziejami na lepsze życie.  Jego droga wiodła z Francji, a dokładnie z Le Mesnil-Amelot (niedaleko Paryża), gdzie urodził się 17 sierpnia 1930 roku. Jego ojciec Julian był robotnikiem rolnym. Mama zajmowała się domem i ogrodem, gdzie uprawiała warzywa i owoce. Hodowała także króliki, by w niedzielę mięso było na obiad. Rodzice Mariana poznali się w Niemczech podczas podróży z Polski do Francji, gdzie planowali znaleźć pracę, której w ojczyźnie dla nich nie było.

W domu mówiło się po polsku, w szkole po francusku. Szybko nauczyłem się nowego języka. Moją  pasją była piłka nożna. Miałem koszulkę swojego klubu i korki, które nawet przywiozłem do Polski

- wspomina pan Marian.

Do dziś przechowuje on świadectwo szkoły podstawowej w Versailles (po polsku Wersal)  z 1945 roku. Natomiast w Paryżu w 1947 roku ukończył szkołę zawodową i za rok pojechał do Polski z fachem tokarza w ręku. Niewielu jego rówieśników mogło się tym poszczycić.

To ojciec zdecydował o wyjeździe do Polski. Wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej. Chodził na zebrania. Dowiedział się, że kraj czeka na takich on. Potrzebni byli do odbudowy ojczyzny po zniszczeniach wojennych

- opowiada Marian Pilarz.

Łuna widoczna z daleka

Jesienią 1948 roku głowa rodziny Julian Pilarz wraz z synem, córką i matką wsiadł do wagonu towarowego w Paryżu i transportem reemigrantów wyruszył do Polski. Żona została we Francji, ponieważ rozpoczęła nowe życie.

Rodzina Pilarzów wyruszyła do kraju, którego Marian jeszcze nie widział. W Polsce skierowano ich do Elbląga, ponieważ Zakłady Mechaniczne im. Gen. Karola Świerczewskiego potrzebowały tokarzy. Biednie żyli, ale do trudnych warunków byli przyzwyczajeni. Mieszkali przy ul. Grottgera jak większość reemigrantów z Francji. Ich ulubioną grą w karty była belotka. Wspominali dawne czasy, a niektórzy tęsknili do Francji. Wydawało się, że nic złego się nie wydarzy, a jednak…

W niedzielę 17 lipca 1949 roku, około godziny po północy wybuchł pożar hali turbinowej Zakładów Mechanicznych im. Gen. Karola Świerczewskiego.

Chociaż ul. Grottgera znajdowała się dość daleko, łunę widziałem wyraźnie. Nie spodziewałem się, że to płonie hala w której pracuję, a w najgorszych snach nie przewidywałem jakie to będzie miało dla mnie konsekwencje

-  komentuje pan Marian.

W poniedziałek tak jak wielu innych wezwano go do zakładowej kancelarii na przesłuchanie. Pytania zadawał mu mężczyzna w cywilnym ubraniu, ale chyba ubowiec. Cóż mógł powiedzieć. Wyszedł w sobotę z pracy jak zwykle i przyszedł dziś w poniedziałek. Nikogo podejrzanego nie widział.

Brutalne śledztwo trwało 20 miesięcy

Minął prawie rok i wydawało się, że niebezpieczeństwo minęło. 24 lipca 1950 roku jak zwykle po powrocie z pracy jadł obiad. Łomot do drzwi. Wchodzi dwóch z UB.

Nie dali mi zjeść. Nic nie tłumaczyli. Natychmiast wyprowadzili, wsadzili do osobowego samochodu. Tak byłem zdenerwowany, że nie wiem jakiej był marki. Zawieźli do siedziby UB na Królewieckiej. Teraz jest tam szkoła (Szkoły Anglojęzyczne Regent – red.). Ubecy spisali podstawowe dane i kazali mi wsiadać do ciężarówki. Były tam z boku deski zamiast ławek.  Oprócz mnie jechał jeszcze jeden mężczyzna. Pilnowało nas dwóch z bronią

- wspomina Marian Pilarz.  

Ubecy zawieźli aresztowanych do wojewódzkiej siedziby bezpieki w Gdańsku, przy ul. Okopowej. Pan Marian nie zapomni nigdy przesłuchań, podczas których śledczy walił go z całej siły pięścią po głowie. Do szału doprowadzało go, że 20-latek cały czas twierdzi, że wprawdzie przyjechał z Francji, ale nie jest imperialistycznym szpiegiem. Wrócił do Polski, by ją odbudowywać z ruin.

Ubowiec kazał mi siadać na nodze od krzesła. Tłukł też pałką gdzie popadło. Gdy i to nie pomogło, żądał bym podpisał zeznanie, którego nie pozwolił mi przeczytać

- opowiada.

Co ciekawe, pan Marian przesiedział 20 miesięcy w jednej celi. Nie była przepełniona, czasem był sam, czasem miał towarzysza niedoli. Czy siedział z kapusiem tego nie wie. Zapamiętał najbardziej pewnego pilota. Opowiadał, że miał on dosyć sowieckich porządków i wybrał wolność. Niepostrzeżenie dostał się do samolotu, wystartował i wziął kurs na Bornholm. Prawie się udało. W ostatniej chwili, jeszcze nad wodami terytorialnym, polski samolot dogonił go i zmusił do powrotu. Pilot wiedział, że jeśli nie zawróci, to bez mrugnięcia okiem zestrzelą go.

Przymusowa praca w kopalni

29 kwietnia 1952 roku po prawie dwóch latach wypuszczono pana Mariana na wolność, ponieważ nie udało się UB znaleźć dowodów na szpiegostwo. Musiał podpisać, że nie zdradzi niczego co widział i słyszał. W przeciwnym razie grożą mu surowe konsekwencje. Dobrze wiedział, że nadal był podejrzany i pracy w tym samym zakładzie na pewno nie dostanie. Bał się, że grozi mu wilczy bilet. Jakoś zatrudnili go w Tramwajach Elbląskich. Wydawało się, że władza o nim zapomniała. Przepracował prawie 1,5 roku i objął go pobór do wojska. Niby zwyczajna rzecz, ale nie dla takich jak on z plamą na życiorysie, siedział przecież w celi jako imperialistyczny szpieg i jeszcze przyjechał z kapitalistycznej Francji. Była nie tylko musztra, szkolenie wojskowe i strzelnica, ale przede wszystkim ciężka i przymusowa praca w kopalni „Polska” w Zabrzu.

Na zmianę wrzucałem węgiel na taśmociąg i machałem kilofem. Bardzo ciężko pracowałem. Moim kolegami byli przeważnie tacy, którzy mieli rodzinę za granicą  

- mówi pan Marian.

Następne pokolenia nie mogą zapomnieć

Przymusowa praca w kopalni i 20 miesięcy brutalnego śledztwa w siedzibie wojewódzkiej bezpieki odcisnęły na jego życiu piętno. Nie sposób o tragicznych wydarzeniach zapomnieć, chociaż czasem bardzo by się chciało. Najlepiej Marianowi Pilarzowi rozmawiało się z tymi, którzy mają te same wspomnienia. Gdy przyszła wolna Polska w 1989 roku powoli powstawały organizacje tych, którzy  odczuli boleśnie jaka była stalinowska rzeczywistość. Jedna z takich organizacji to Związek Represjonowanych politycznie Żołnierzy – Górników. Pan Marian stał się jego członkiem.

Władza zawsze obiecywała i nadal to czyni, że będzie zadośćuczynienie za represje. Nie chodzi tylko o pieniądze, ale o wyraźny  znak, że było to bezprawie i niszczenie niewinnych ludzi, którzy chcieli spokojnie żyć. Następne pokolenia nie mogą zapomnieć o tych tragicznych wydarzeniach

- argumentuje pan Marian.

Nie ma wprawdzie organizacji tych, którzy byli prześladowani po wybuchu pożaru hali turbinowej w 1949 roku, ale w związku 70-tą rocznicą tragicznych wydarzeń Rada Miejska w Elblągu ogłosiła bieżący rok – Rokiem Pionierów. Wśród nich był Marian Pilarz i wiele innych osób prześladowanych w Sprawie Elbląskiej. Z ich relacji wynika, że organizowali życie w zniszczonym nie tylko przez wojnę mieście, odbudowywali zakłady z ruin i odgruzowywali starówkę.

Jeśli chcesz wiedzieć więcej o Sprawie Elbląskiej kliknij tutaj.

1
0
oceń tekst 1 głosów 100%